Strony

wtorek, 24 maja 2016

Dwadzieścia dziewięć

- Myślę, że na dziś już wystarczy. Dziękujemy wszystkich za przybycie i zapraszamy na skromny poczęstunek – zakończył rzecznik prasowy. Uśmiechnąłem się ostatni raz w stronę tłumu zgromadzonych dziennikarzy i chwyciłem swoje kule. Patrick razem z dyrektorem szpitala pomogli mi się podnieść i ustabilizować. Po chwili mogłem już sam przemierzyć odległość z prowizorycznie przygotowanej do tej konferencji sali w stronę szpitalnego korytarza. Przed wejściem czekał na mnie Morgenstern. Wywróciłem oczami widząc jego uważny wzrok. Od kilku tygodni zachowywał się co najmniej niczym niańka.
Ochrona zagrodziła przejście co ciekawskim dziennikarzom, którzy próbowali mnie jeszcze złapać i zadać kilka pytań. Zauważyłem jak w ich kierunku zmierza mój lekarz, pozwalając na kolejne wywiady. I bardzo dobrze, że to zrobił, bo nawet nie miałem siły na podtrzymywanie tego sztucznego uśmiechu na twarzy. Na dziś już dość.
- Jak się trzymasz? - klepnął mnie lekko po ramieniu. Zerknąłem w stronę długiego korytarza. To nie jest zbyt dobry moment na zwierzenia. O ile w ogóle taki istnieje. Opieram ciężar ciała mocniej na kulach i kiwam głową, uśmiechając się sam do siebie sarkastycznie.
- Poza tym, że straciłem kobietę, którą kocham i nie mam kontaktu z własnym synem to jest całkiem spoko – musiałem się zaśmiać z absurdalności tej sytuacji. Bo była ona w sumie w miarę zabawna. NIEPOROZUMIENIE. To bardzo duże słowo. Nie sądziłem jednak, że może ono doprowadzić do takiej katastrofy.
- Nadal od ciebie nie odbiera?
- Thomas, ona zmieniła numer i zabroniła komukolwiek go mi udostępniać – odparłem nerwowo, przecierając wyczerpana twarz dłonią. Miałem tego dość. Tej sytuacji, tej kontuzji, ponownego zamieszania wokół mojej osoby. Jednak dobrze mówią, że jeśli coś się wali, to wszystko naraz. Ja byłem chyba najbardziej prawidłowym przykładem właśnie tej sentencji. Straciłem zdrowie, być może zakończę karierę i zostawiła mnie matka mojego dziecka. Idealny scenariusz, Schlierenzauer. Chyba za dużo dobrego cię w życiu spotkało, że teraz los tak okrutnie cię każe.
- To dlaczego nie wyślesz do niej choćby listu z wyjaśnieniami? Mam wrażenie, że jesteś w tym wszystkim bierny – posłałem mu mordercze spojrzenie. On niczego nie rozumiał.
- Dla niej ten pocałunek to nie było zwykłe nieporozumienie. To jak zdrada. Ona myśli, że przez ten cały czas znów ją oszukiwałem – westchnąłem głośno, opierając czoło o zimną ścianę. Morgenstern nic nie odpowiedział. To było po prostu chore. Przecież nie całowałem się z Sandrą. Ba, tego nawet nie można nazwać pocałunkiem. Zaskoczyła mnie, a potem okazało się, że ta sytuacja nie miała dla nas obojga żadnego znaczenia. I oczywiście akurat wtedy musiała pojawić się Hania. Los chyba sobie ze mnie kpi – tysiące razy próbowałem jej to wszystko wyjaśnić i doskonale zna moją wersję, ale nawet nie próbuje jej zaakceptować – dodaję ciszej.
- I co, nie zamierzasz nawet o nią walczyć? - pyta – stary, ja chyba serio cię nie kumam. Na twoim miejscu byłbym już w samolocie do Krakowa.
- Gdzie się miałem wybierać skoro od dwóch tygodni jestem przykuty do łóżka – odparłem z wyrzutem, patrząc na niego ostro – poza tym mam zakaz wstępu do jej domu.
To było jeszcze bardziej absurdalne. Wszyscy uwierzyli w tę chorą bajeczkę o zdradzie. Jej matka, babcia i siostra. Ojciec zapewne czekałby na mnie pod domem z wiatrówką. Nie miałem żadnej możliwości dostania się do niej, nawet krótkiej rozmowy. Nie wiem, co dzieje się z Adasiem. Cała ta rodzinka uniemożliwia mi jakiejkolwiek próby nawiązania z nimi kontaktu. Tym razem i Baśka się nade mną nie lituje. I wcale jej się nie dziwię, skoro tak a nie inaczej oceniłem ich relację z Manuelem. Powoli odchodziłem od zmysłów. Tęskniłem za nim. Za moim mały niewinnym chłopcem. Za jego zapachem, uśmiechem, tym tajemniczym spojrzeniem. To przecież moje dziecko. Jak ona w ogóle śmie zabraniać mi widywania się z nim?
- Mam zamiar złożyć pozew do sądu – odezwałem się po chwili ciszy. Blondyn wpatrywał się we mnie z nieukrywanym zaskoczeniem. - nie patrz tak na mnie. Ona odbiera mi syna.
- Więc chcesz atakować Hanię za coś, co jest tylko i wyłącznie twoją winą?
- Przecież ja i Sandra to było jedno wielkie nieporozumienie. Wyjaśniałem ci to!
- Mimo wszystko pozwoliłeś jej na to, Gregor – przerywa mi zdecydowanie. W jego oczach widze determinację – nie Hania jest tu winna, ale ty. Nie próbuj teraz odwracać kota ogonem i karać ją sprawami w sądzie!
Obróciłem się powoli i zacząłem przemierzać korytarz. Thomas po chwili wahania podążył za mną. Musiałem przez moment pomyśleć. Wiem, że ma rację, a jeśli ona będzie w dalszym ciągu zabraniała widywania się z własnym synem, to nie pozostanie mi inne wyjście.
- Gregor, sądziłem, że ją kochasz – znów przerywa tę ciszę między nami. Nawet nie wie jak bardzo trafił.
- Kocham i dlatego wariuję, rozumiesz? - zatrzymuję się na sekundę, po czym ponownie ruszam w dalszą drogę. Nie jest to wcale łatwe poruszać się w takim stanie, ale musiałem robić jakieś małe kroki. Byłem w pełni gotowy przemierzać takie dystanse. - tylko ona chce mnie właśnie w taki sposób ukarać. Odebrać dziecko.
- Nie wygrasz w żadnym sądzie. Nie po ujawnieniu przeszłości – znów przystanąłem, znów spojrzałem na niego spod byka. Ten człowiek nadwyrężał moją cierpliwość.
Dotarliśmy do odpowiedniej sali. Pospiesznie zdjąłem z siebie szarą bluzę i rzuciłem ją w pierwszy lepszy kąt pomieszczenia. Morgi skomentował to uniesieniem brwi, ale go zignorowałem. Pomógł mi położyć się na łóżku, co nie obyło się bez grymasu na twarzy. To była kula u nogi, a nie noga. Znajdowałem się teraz na przysłowiowym samym dnie.
- Thomas, za trzy tygodnie są Święta. Nie wytrzymam dłużej, jeśli nie zobaczę Adasia – przyznaję stanowczo.
- Nie pozwoli ci przyjechać.
- Mówiłem ci, że idę do sądu.
- Do tego czasu nie zdążysz udowodnić swojego ojcostwa – trzymajcie mnie, bo uduszę tego człowieka! Dobrze, może i ma rację. Jak zawsze zresztą. Ale czy musi mi to pokazywać na każdym kroku?
- To co mam zrobić, Panie Mistrzu Dobrej Rady? - pytam ironicznie, chwytając do rąk telefon. Zero nieodebranych połączeń. Nie wiem, po co ciągle się łudzę, że do mnie zadzwoni. Niedbale odkładam urządzenie z powrotem na półkę.
- Dać jej czas – zerkam na niego badawczo. Ma poważną minę. - niech sama to wszystko sobie przemyśli, niech zatęskni. Długo bez ciebie nie wytrzyma.
- Thomas, jeśli Hania ubzdurała sobie w tej pięknej główce, że ją zdradziłem bądź okłamywałem w sprawie uczuć, to tak właśnie jest – odparłem, a potem nabrałem powoli powietrza do płuc – nie da się drugi raz na mnie nabrać, bo wciąż chowa do mnie uraz. W tym momencie jestem na przegranej pozycji – dodałem rzeczowo, włączając niewielki telewizor, zawieszony na przeciwległej ścianie. Na pięciu z rzędów kanałach w kółko leciały te same reklamy. Kompletne marnotrawstwo.
- Więc się trochę wykuruj i jak będziesz na siłach to bez względu na wszystko do niej jedź – znów na niego popatrzyłem – ogarnij sobie ładny pierścionek, tylko taki bardziej retro, bez zbędnych ceregieli. To do niej nie pasuje – przekrzywiłem lekko głowę, słysząc jego słowa. A najśmieszniejsze było to, że on mówił to wszystko zupełnie na poważnie - na drugie kolano jesteś w stanie uklęknąć.
- Mam się jej oświadczyć? - pytam bez przekonania. Ten energicznie kiwa głową.
- A jak inaczej udowodnisz jej, że ją kochasz? - odpowiada pytaniem na pytanie – powiesz jej, że Sandra jest w ciąży z tym swoim Robertem i na wiosnę się hajtają. No człowieku, rusz banią! Nie możesz tu sobie tak leżeć i jej na nowo tracić!
I to jest najgorsze. Bo miałem wrażenie, że już ją straciłem. Że zabierając wszystkie swoje rzeczy, odebrała nam również szansę na stworzenie czegoś razem. Na naszą miłość... zdawałem sobie sprawę z jej wahań, niepewności względem mnie. Tą sytuacją z Sandrą napytałem sobie tylko większej biedy. A to dlatego, że wiedziałem jedno – straciłem jej zaufanie bezpowrotnie.
Obaj odwróciliśmy głowy w stronę drzwi do sali. Stał tam. Z takim błagalnym wyrazem w oczach. Thomas nie zastanawiając się długo, po prostu ruszył do ataku.
- Hej! Może miałbyś człowieku odrobinę godności i nie uciekał się do takich sztuczek?! - rzucił do mężczyzny. Ten jednak wyglądał na niezbyt wzruszonego wybuchem blondasa. Po prostu tam stał i patrzył na mnie jakbym był jego ostatnią szansą. Westchnąłem. Ponownie przetarłem wyczerpaną twarz i skinąłem na niego.
- Niech wejdzie. Jeden wywiad w tą czy w tamtą nie zrobi mi dziś różnicy... - niski, rudawy dziennikarz z tak samo rudą brodą wszedł niepewnie do środka z tym cholernym rejestratorem dźwięku w dłoni i zatrzymał się naprzeciwko mojego łóżka. Thomas odsunął się w stronę okna i postanowił się nie wtrącać. - załatwmy to byle szybko. Ty będziesz miał swój materiał a ja święty spokój.. - kiwnął niepewnie na zgodę. Następnie podszedł bliżej łóżka i zajął miejsce na stojącym obok fotelu. Odchrząknął kilka razy, czym jedynie mnie zniecierpliwił i podsunął mi urządzenie pod nos. Zaczął. Starałem odpowiadać się na wszystkie pytania zgodnie z prawdą, bez zbędnej paplaniny. Powtarzałem w sumie to samo, co przez ostatnie kilka godzin, ale postanowiłem zlitować się nad tym człowiekiem. Widocznie dostał bardziej wymagające zadanie od redakcji, a przecież ma taką a nie inną pracę. A my mamy takie a nie inne obowiązki. Wszystko szło całkiem świetnie, chyba nie chciał zajmować mi zbyt wiele czasu, dopóki nie zadał pytania, które wyprowadziło mnie z równowagi.
- Gregor, mówi się, że ostatnio problemem twojego słabego przygotowania do sezonu było również życie osobiste. Niedawne rozstanie z wieloletnią partnerką, sprawy sprzed lat.. - mierzyłem go ostrym spojrzeniem. Zacisnąłem niekontrolowanie pięści tak, że pobladły mi knykcie. Doskonale zdawałem sobie sprawę z tego, do czego zmierza. Ale poczekałem, aż skończy - ...okazuje się, że podobno masz dziecko, o którym do tej pory nie wiedziano i że miało ono poważne kłopoty zdrowotne..
- Skąd się dowiedziałeś? - może i się zdradziłem tym pytaniem, ale nie potrafiłem wytrzymać. Doprowadził mnie do szewskiej pasji. Z trudem opanowywałem głos. Nienawidziłem mieszania pracy z moim życiem osobistym.
- Stary, chyba czas na ciebie – nie wiadomo skąd nad jego głową stanął Morgi. Klepnął mężczyznę znacząco po ramieniu i sztucznie się do niego uśmiechał. Facet trochę się przestraszył, a jego cwaniacki wyraz twarzy gdzieś zniknął – to miała być rozmowa wyłącznie na temat skoków i kontuzji Gregora, a nie życia prywatnego. On nie będzie rozmawiał z ludźmi, którzy tego nie szanują.
- Dobrze, zadam więc inne pytanie..
- Spadaj, zanim wezwę tu ochronę – warknąłem przez zaciśnięte zęby. Moje spojrzenie mogło w tej chwili zabijać. Mężczyzna popatrzył jeszcze na mnie z uwagą, ale widząc, że za żadne skarby mnie nie przekona, z wahaniem opuścił pomieszczenie. Wypuściłem głośno powietrze i zerknąłem uważnie na Morgensterna. Podejrzewam, że pomyślał to samo, co ja.
- Jak oni się dowiedzieli? - pyta zdenerwowany. Wzruszam ramionami.
- Te hieny dojdą do wszystkiego, jeśli chcą... - zaczynam mieć dosyć tego dnia. Tak na serio. Mam ochotę schować głowę pod poduszką i po prostu kazać im wszystkim ode mnie spieprzać. Pomyśleć tylko o nich. Przywrócić w myślach jej obraz. Jej uśmiech. Jej piękne oczy. Boże, tęskniłem za nią jak diabli i kompletnie nie wiedziałem, jak ją odzyskać. Przecież życie bez niej, bez widywania codziennie swojego dziecka nie miało dla mnie sensu. Może ten ten facet obok rzeczywiście ma trochę więcej oleju w głowie? Naprawdę powinienem się jej oświadczyć?
- Powinieneś – słyszę jego głos obok. Odwracam twarz w jego kierunku, patrząc na przyjaciela zaskoczony – jeśli nie wymyślisz czegoś, co da kopa to jej nie odzyskasz. Uwierz mi.
Nadal się na niego gapiłem, analizując w milczeniu te słowa. Musiałem coś zrobić. Musiałem. Inaczej bez nich oszaleję.

Zakopane, 3 tygodnie później....

Za oknem mróz i sypie. W kominku rozpaliłam już chyba o 7:00 rano. Nic mi dziś nie pasowało. Ani pogoda ani samopoczucie. Nawet powoli ubierany w świąteczne ozdoby dom nie przyniósł mi oczekiwanego zadowolenia. Leżałam więc bezczynnie na kanapie w salonie, z nogami ułożonymi na stosie grubych poduszek i modliłam się w duchu, żeby ten cholerny, co miesięczny ból w dole brzucha wreszcie minął. Choć nafaszerowałam się tabletkami i regularnie uzupełniałam płyny, nie przynosiło to żadnych efektów. Gapiłam się więc bez zainteresowania w ten głupi telewizor, podczas gdy moja siostra zabawiała obok Adasia. Nie miałam nawet siły, by się nim zajmować. Wszystko było do niczego i nawet nie chciałam myśleć o tym podłym draniu, wylegującym się zapewne gdzieś na swoim rozkładanym fotelu. Skoczkowie oddawali swoje próby jeden po drugim, ale niestety nie potrafiłam stwierdzić kto i jak skoczył. Było mi to obojętne choć przecież miałam komu kibicować. W tej sytuacji jednak świadomie ignorowałam wszystko wokół.
Mimo bólu, podniosłam się z kanapy. Ku zaskoczeniu blondynki, chwyciłam Adasia na ręce i zamierzałam opuścić to pomieszczenie.
- Co ty wyprawiasz? Jest środek konkursu. Zaraz będzie skakał Kamil – dodała wyraźnie zmieszana. Posłałam jej jedynie wymowne spojrzenie.
- Idę na górę zdrzemnąć się razem z Adamem – powiedziałam i tak po prostu odwróciłam się, by wyjść.
Baśka nie skomentowała mojego zachowania. Przyzwyczaiła się już, że od kilku tygodni z wiadomych powodów nie byłam sobą. Snułam się po tym domu jak jakiś duch, a jedyną uwagę poświęcałam zajmowaniu się synem. Choć próbowali, nie potrafili do mnie dotrzeć. Przypominałam bardziej tą wykończoną i przestraszoną dziewczynę sprzed dwóch lat. Wyglądałam teraz tak samo jak wtedy, gdy mnie zostawił. Bo czułam się podobnie. Bez chęci do życia, kompletnie wypompowana i pozbawiona jakichkolwiek uczuć. Wiedziałam, że drugi raz tego samego nie przetrwam. Ale tak jak i wtedy tak i teraz miałam przy sobie kogoś, kto rekompensował mi każdy mój ból. To szczęście, które właśnie tuliłam w ramionach. Wiedziałam, że musiałam pozbierać się dla niego i jego dobra. I to zamierzałam w jakiś sposób uczynić.
W drodze na górę zatrzymał mnie dzwonek do drzwi. Biorąc pod uwagę, że blondynka ma w tym momencie dalej do wejścia niż ja, zawróciłam się i postanowiłam otworzyć. Odchyliłam drzwi tylko trochę, by zimno nie drażniło chłopca. Ale kiedy ujrzałam tego niespodziewanego gościa, myślałam, że po prostu tutaj zejdę. Nie byłam też w pełni przekonana, czy w ogóle go wpuszczać. I wiedziałam jedno – to po południe nie będzie należało do najprzyjemniejszych.

Pogoda za oknem wcale nie uległa zmianie. Tylko zaczęło mocniej sypać. Siedziałyśmy w salonie, tępo wpatrując się w kubki z kawą, jaką zaparzyłam nam kilka minut temu. Czułam się nieswojo. Nie rozumiałam powodu tej wizyty, choć po części się go domyślałam. Ale jej widok sprawił, że poczułam obrzydzenie. Jest chyba teraz ostatnią osobą, jaką chciałabym gościć w swoim domu.
- Ładnie macie tu, w Zakopanem – odezwała się w końcu niczego nie zwiastującym głosem – do tej pory przyjechałam tu tylko raz, na Benefis Adama Małysza – dodała, dla wyjaśnienia. Nie odpowiedziałam – więc to tutaj odbywają się najlepsze zawody w ciągu roku...
- Po co przyjechałaś, Sandra? - pytam bez ceregieli. Wzdrygnęła się. Gdy na nią spojrzałam, nie miała na ustach tego spokojnego uśmiechu, co kilka minut temu. Trochę ją przestraszyłam moim tonem.
- Widzę, że chcesz przejść od razu do konkretów.. - zauważyła.
- Tak, bo nie rozumiem, czego możesz ode mnie chcieć – blondynka poprawiła się na swoim miejscu i odstawiła kubek z kawą na szklany stolik.
- Musimy porozmawiać, Hania – odpowiada po dłuższej chwili – już dawno powinnyśmy to zrobić, nie uważasz? - pyta, spoglądając na mnie. Nadal jestem nieco speszona jej obecnością tutaj, ale mimo mojej złości, bynajmniej szczerze zaintrygowana – próbowałam dotrzeć tu na różne sposoby, więc doceń, że pofatygowałam się do ciebie.
- Mam ci za to dziękować? - pytam ironicznie.
- Nie, ale mnie wysłuchać i spróbować zrozumieć mój punkt widzenia – odpowiada spokojnie, ale pewnie. Kiwnęłam więc lekko na zgodę – po pierwsze chciałabym ci oznajmić, że jestem w ciąży...nie, nie. Nie z Gregorem – wyjaśniła pospiesznie, widząc moją minę – z moim narzeczonym. Za kilka miesięcy bierzemy ślub.
Ok. no to trochę zaczęło mi się rozjaśniać. Ale podobną wersję wydarzeń już słyszałam.
- Więc dlaczego jeszcze ciągniesz romans z Gregorem? - dziwi się, a mi to zdanie ledwo przechodzi przez gardło. Poczułam znajomy ból.
- Hania, między nami nie ma i nie było żadnego romansu! - odpowiada dobitnie – tamta sytuacja w szpitalu była jednym wielkim nieporozumieniem – prychnęłam na te słowa, bo były one zbyt oklepane.
- Całowaliście się. Nie jestem ślepa.
- Owszem – mówi beznamiętnie czym jedynie mnie zaskakuje – właściwie to ja go pocałowałam. On tego nie chciał.
- Sandra, to Gregor przysłał cię tu, żebyś coś wskórała? Bo jeśli tak to nie mamy o czym rozmawiać! - rzuciłam zdenerwowana.
- On o niczym nie wie – odparła, mierząc mnie uważnym spojrzeniem – przyjechałam tu, bo nie chcę być powodem waszego nieszczęścia, które swoją drogą, jest zupełnie niepotrzebne – blondynka przysuwa się bliżej mnie i spontanicznie łapie mnie za dłonie – Hania, Greg cię kocha. Cholernie mocno. Bardziej niż kiedykolwiek kochał mnie – mówi na jednym tchu – dałaś mu syna i jesteś dla niego wszystkim. Nigdy w życiu nie ośmieliłby się ponownie świadomie cię skrzywdzić. A już na pewno nie z moją pomocą – dodała z determinacją – wtedy w szpitalu...wyjaśniliśmy sobie wiele spraw. Hania, wybacz, ale po tak długim czasie razem, musieliśmy. Ja musiałam...chciałam mu powiedzieć, wszystko, co myślę... - przerwała na chwilę, by zaczerpnąć powietrza a ja nadal się w nią badawczo wpatrywałam – pocałowałam go świadomie, ale nie dlatego, że żywię względem niego jeszcze jakieś uczucia. Po prostu...dla mnie to był sposób na oddzielenie grubą kreską przeszłości i rozpoczęcie nowego życia z Robertem i naszym dzieckiem – w jej niebieskich oczach mogłam dostrzec szczerość, ale nie wiem, czy potrafiłam jej uwierzyć. Jestem niemal wyczulona na wszystko co złe ze strony Gregora.
- Kiedy zobaczyłam was wtedy...razem...kiedy.. - nie byłam w stanie dokończyć, więc wzięłam głęboki oddech – dla mnie znów zawalił się świat...znów przeżywałam to samo, co wtedy w tamtej kawiarni, kiedy oznajmił mi, że do ciebie wrócił.. - na chwilę spuściła głowę. Nie potrafię dopuścić do siebie jego wyjaśnień, bo to znów przeszłość i wyczulony instynkt zaczęły grać we mnie główne role. To dlatego kropla po kropli łzy zaczęły ulatywać z moich oczu. Nie chciałam się przy niej rozklejać, ale inaczej nie mogłam – nie wiesz, przez co przez niego przeszłam. On...zniszczył mnie psychicznie...rozwalił wszystko, z czego byłam taka dumna... - teraz tak po prostu przyciągnęła mnie do siebie i przytuliła. Nawet nie protestowałam. Potrzebowałam tego. Poza tym miała ładne perfumy – na wasz widok w głowie zapaliła mi się czerwona lampka. Pomyślałam sobie, że jak mogę pakować się znowu w to samo? Nie chciałam, by znów mnie wykorzystał...
- Po prostu mu nie ufasz, Hania. Doskonale cię w tej kwestii rozumiem – odparła cicho, głaszcząc mnie niepewnie po ramieniu – ale mogę ci przysiąc na życie mojego dziecka, że on kocha cię jak wariat i niczego innego nie pragnie, jak mieć ciebie i Adama u swojego boku. On kiepsko się trzyma, Hania. Nie lepiej niż ty. W dodatku ta kontuzja... - westchnęła głośno, a ja ponownie wyprostowałam się na swoim miejscu. Spojrzałam na nią, ocierając policzki.
- Jak..jak jego noga? - odezwałam się.
- Zadzwoń do niego i sama zapytaj – odparła z nutką pretensji w głosie – musisz w końcu z nim porozmawiać, bo macie wspólne dziecko, o którego samopoczuciu chciałby wiedzieć. Hania, on ostatnio wspomina o założeniu sprawy w sądzie. I zrobi to albo, żeby cię oświecić albo, żeby po prostu odzyskać dziecko...
Zrobiło mi się cholernie głupio. Jestem podła. Nawet wiadomość o tym sądzie nie wzbudziła we mnie zaskoczenia czy złości. W sumie to by mi się należało. Jakim by ojcem nie był przez przeszło rok, pokochał Adasia ze wszystkich sił, a on jest jego synem. Nie powinnam w ten sposób go karać.
Nie zainteresowałam się nim, choć pewnie przeżywa najgorszy okres w swoim życiu. Musiał przerwać karierę, a ja zamiast być przy nim, więcej czasu poświęcam rozczulaniu się nad sobą i koszmarami z przeszłości. Tylko wciąż dręczy mnie to cholerne podłe uczucie niepewności...
- Kochasz go, Hania? - pyta w pewnym momencie. Kiwam głową – więc co wy jeszcze z tym wszystkim wyprawiacie? Ile jeszcze czasu macie zamiar tracić na niepotrzebne łzy i cierpienie? Zdajesz sobie sprawę, że ta sytuacja najbardziej uderza w Adasia? - podniosłam wzrok na te słowa – Hania, nikt nie oczekuje, że zaczniesz ufać mu stuprocentowo na pstryknięcie palcem – kontynuuje – Na to potrzeba wiele czasu. Ale najważniejsze to dać sobie szansę...a wy za sobą szalejecie i zawsze się kochaliście.
- Nie wtedy.. ..kiedy z nim byłam..on mnie kiedyś nie kochał.. - szepnęłam zachrypniętym od płaczu głosem. Napotkałam jej spokojne spojrzenie. Uśmiechnęła się.
- Musiał cię kochać. Zawsze. Nawet wtedy, kiedy ponownie byliśmy razem – odpowiedziała, a ja zmarszczyłam brwi, kompletnie nie rozumiejąc – A wiesz dlaczego? - pokręciłam głową - kiedy powiedział mi o dziecku i tobie, byłam bardzo zaskoczona. Kto by zresztą nie był? - pyta retorycznie – ale pokazał mi wtedy zdjęcia. Te zdjęcia USG, przysłane przez ciebie. Trzymał je wszystkie, choć mógł przecież od razu je wyrzucić, nawet nie otwierając koperty. - wstrzymałam na chwilę powietrze, wsłuchując się niczym oczarowana w jej słowa – trzymał w tym pudełku też wasze wspólne zdjęcia. Z wakacji, z jakichś wycieczek...wszystko... - zauważyłam ból w jej oczach. Domyślałam się, o co jej chodzi. Zachował te pamiątki, a przez kolejny rok ponownie dzielił z nią życie. Ona też w pewnym stopniu była przez niego oszukana – nie wiń go za to, że pogubił się w uczuciach. To może zdarzyć się każdemu z nas – mówi, znów na mnie patrząc – porzucenie cię w trakcie ciąży i ukrywanie tego, że został ojcem przed całym światem było cholernie podłe i to na pewno utkwi w twojej pamięci.. Ale...bez siebie wasze życie także nie ma sensu...
- Jak to możliwe, że ty się z tym tak łatwo pogodziłaś? - pytam, pełna emocji po wygłoszeniu tego monologu. Znów uczucia toczyły we mnie zaciętą walkę. Znów nie wiedziałam, co mam myśleć i zrobić. Musiałam się nad tym zastanowić.

- Po prostu. My nie byliśmy sobie pisani – odpowiada i śmieje się melodyjnie. Mam mętlik w głowie. Taki totalnie wielki. Ale kochałam go. Mamy syna. Cokolwiek by się nie działo, jego dobro jest dla nas najważniejsze. To dlatego szala tych uczuć zaczęła przeważać jedną stronę. Bo to właśnie on był naszą nadzieją na lepsze jutro.



~ Bo tak naprawdę skrycie marzysz 
o zatopieniu się w Jego oczach...



***
Moje Drogie,
miałam w planach coś innego, ale zmieniłam nieco koncepcję. Opowiadanie zakończę nieco szybciej jedynie ze względu na to, by nie przeciągać niepotrzebnie pewnych wątków. Obiecuję Wam, że już w przyszłym rozdziale część rzeczy się wyjaśni. Zaplanowałam sobie napisanie jeszcze dwóch/trzech części plus epilog i tak też uczynię.
Mam nadzieję, że tym rozdziałem udało mi się spełnić Wasze oczekiwania.
Udanego długiego weekendu! :)

5 komentarzy:

  1. Witaj Kochana! <3

    Zacznę prosto z mostu - Sandra to jędza (nie, nie używam takiego słownictwa), ale jej zachowanie wyprowadziło mnie z równowagi. No dobra, fajnie, miło i super, że przyjechała do Hani osobiście jej to wszystko wyjaśnić. Ale ten pocałunek?! Oddzielenie przeszłości grubą kreską... To wyjaśnienie jakoś mnie nie przekonuje...
    Mimo to i tak sądzę, że ta wersja Sandry jest najlepsza, o których do tej pory czytałam :D
    ale ten pocałunek całkowicie mnie załamał :(

    Nie ma żadnych wątpliwości, że Gregor tęskni za Hanią i Adasiem oraz, że ich kocha. Kontuzja to jeszcze kolejny ciężar... Troszeczkę zgadzam się z Thomasem, że zachowanie Gregora jest bierne. Ale sądzę, że Morgenstern pomoże mu przejrzeć na oczy :)
    Co do złożenia wniosku w sądzie to popieram tą decyzję, jeżeli nie będzie już jakiegokolwiek innego wyjścia.

    Hania jak zwykle mnie zadziwia. Można powiedzieć, że po raz drugi przechodzi to samo, a mimo to nie poddaje się. Widać, że ta sytuacja odbiła się zarówno na jej zdrowiu fizycznym jak i psychicznym.
    Hania z pewnością szybko nie odbuduje zaufania wobec Gregora, ale tak jak powiedziała Sandra: "Na to potrzeba wiele czasu. Ale najważniejsze to dać sobie szansę...a wy za sobą szalejecie i zawsze się kochaliście."

    Nie chcę aby ta historia się kończyła :( ale jak wiadomo, wszystko ma swój koniec.
    Dlatego niecierpliwie czekam na "ostatnie rozdziały"!

    Trzymaj się! ;*

    Pozdrawiam, Camille.

    OdpowiedzUsuń
  2. Jestem!
    Rozdział cudowny, jak zwykle i tak bardzo nie chcę, żeby ta historia już się kończyła :( Nawet sobie nie wyobrażasz, jak się z nią zżyłam... Ale mam taką cichutką nadzieję, że jednak przygotujesz dla nas coś świeżutkiego :)
    Hmm... sama nie wiem w sumie, co teraz myśleć po lekturze. Zaczynałam powoli nawet lubić Sandrę, ale teraz stwierdzam, że jej nie znoszę. Co za jędza. Zirytowała mnie, naprawdę.
    No i Gregor. Coś mi się wydaje, że on cholernie tęskni za Adasiem, ale też i za Hanią. Że jednak nadal ją kocha. Zobaczymy, co z tego wyniknie. Pytanie tylko, co na to wszystko Hania, bo na pewno nie będzie jej łatwo znowu móc zaufać.
    Czekam!
    Buziaki :**

    OdpowiedzUsuń
  3. Witaj Kochana.
    Jejku, strasznie mi żal Gregora.
    Przecież on tęskni za Hanią i Adasiem. Wcale nie dziwi mnie fakt,że Gregor chce złożyć papiery do sądu. Może to w końcu otworzyło by oczy Hani.
    Może mu nie ufać, może go nienawidzić ale Hania dobrze wie, że Gregor to wspaniały ojciec i mogłaby mu napisz chociaż tego głupiego sms'a, że z Adsiem wszystko dobrze. Należy mu się to.

    Thomas to dobry przyjaciel. Nie głaszcze Gregora po głowie, tylko otwarcie mu mówi co powinien zrobić.
    Oświadczyny są ok, jeśli chce udowodnić , że kocha Hanie nad życie.

    Dziennikarze chyba powinni znać jakieś granice. Ten rudzielec znacznie je przekroczył. No i po raz kolejny Morgi pokazał jakim jest przyjacielem.

    Ahhh, ta Hania. Może nie cierpiałaby po raz kolejny, gdyby porozmawiała z Gregorem albo chociaż wykonała jeden telefon do Thomasa.
    Przecież wie, że Thomas nie bronił by przyjaciela gdyby
    wiedział, że źle postąpił.

    Postawa Sandry naprawdę mnie zaskoczyła. Nie sądziłam, że zjawi się w domu Hani.
    W tym rozdziale zrobiła wiele dobrego. Sandra, pokazała Hani, że on zawsze ją kochał i Adasia też ale sam nie był tego świadomy.
    Mam nadzieję, że wszystko się teraz między nimi wyjaśni.

    Błagam nie kalecz mojego serca. Koniec? Zawsze jest mi ciężko żegnać się z każdą Twoją historią.
    Mam dziwne wrażenie, że z Tym opowiadaniem zżyłam się najbardziej. Będzie mi
    go brakować.
    Mimo wszytsko, czekam na kolejny...
    Buziaki ;*

    OdpowiedzUsuń
  4. Znowu lubię Sandrę!
    Dobra, przyznaje, tamta akcja nie była zbyt mądra itd. Ale za tę rozmowę ma wielkiego plusa.
    A ty Gregor, posłuchaj Morgiego, lecz się (jakkolwiek to nie brzmi) i klękaj z tym pierścionkiem jak najszybciej c:

    OdpowiedzUsuń
  5. Ta Sandra jest jak sin(x). Raz ją lubię a raz wręca nienawidzę. Muszę przyznać, że bardzo mnie zaskoczyłaś takim obrotem spraw. W tych drzwiach spodziewałam się Gregora z pierścionkiem, ale nie blondynki. A jednak ma kobieta serce nie z kamienia. Cieszę się, że myliłam się w tej kwestii :)
    Szkoda że tak mało zostało do końca, ale tak czy siak niecierpliwie czekam na kolejny :)
    Buziaki :*

    OdpowiedzUsuń